Norma to rzecz umowna

"Bez odchyleń od normy niemożliwy jest postęp".

Z biegaczami jest tak, że pracują cały tydzień, męczą się jak każdy wyrobnik, ale gdy przychodzi weekend, wstępuje w nich jakby jakiś diabeł. Bo zamiast odpocząć, wyspać się, coś tam posprzątać, potrenować palce od pilota co robią? Biegają! Rano i wieczorem, kilometr albo trzydzieści, wg swojej tajnej kartki z planem treningowym albo zupełnie bez ładu i składu. I jeszcze się z tego cieszą! 

Kanapowi okupanci i eksperci do spraw kolejności kanałów w telewizorze z pewnością popukają się w głowę i pomyślą, że jakieś to nienormalne. Ale co dla jednych jest nienormalne, dla innych może być zupełnie normalne. Norma to rzecz umowna :)

Jak zatem zaczęliśmy weekend? Normalnie. Czyli nienormalnie :)

Parkrun Olsztyn #119 - 11.01.2020

Wyjątkowo wszyscy, którzy uczestniczyli w parkrunie, bez odstępstw zgromadzili się w Olsztynie: TU SĄ WSZYSCY!

Kilka ciekawych statystyk:

Na mecie zameldowało się 14 osób  - 6 pań i 8 panów. Taka proporcja bardzo cieszy, bo zazwyczaj dominują nasi panowie. Osoby uczestniczące w ostatnim spotkaniu mają (łącznie) 1 koszulkę czarną (100 parkrunów), 5 koszulek czerwonych (50 parkrunów), 4 koszulki fioletowe (25 wolontariatów). Dodatkowo, sporo osób przyznających się jawnie do członkostwa bądź sympatyzowania z naszą grupą pomogło koordynatorowi Jarkowi w organizacji spotkania - 7 osób. 

Na pierwszy ogień - relacja Mariusza Witkowskiego:

Lubię od tyłu bo można dłużej a i przyjemność dużo większa. Oczywiście ten opis to odniesienie do dwóch tras jakie mogę pokonać z mojego miejsca zamieszkania do miejsca startu parkrunu.  Jedna jest krótsza a druga, co prawda niewiele, bo tylko 500 m ale dłuższa. Dzisiaj wybrałem właśnie tę przyjemniejszą, ponieważ miałem misję do spełnienia w postaci oznakowania trasy. Umówiłem się wcześniej poprzez grupowego Messengera „Wolontariusze parkrun Olsztyn”, że oznaczę część trasy. 

Wybierając „dłużej” i  „przyjemniej” czyli od tyłu narysowałem strzałki określające kierunek od mostu na Obrońców Tobruku, dzięki temu nie było możliwości pomylenia trasy.

Sam parkrunowy bieg to oczywiście frajda i wygłupy. Znowu było nas multum a wolontariat obstawiliśmy w 100%. Od dłuższego czasu nie biegam parkrunu na wynik a co się z tym wiąże truchtam go w tempie konwersacyjnym. Tak było i tym razem, klepaliśmy asfalt  i ubijaliśmy szutr z Mirkiem i Fazim w żółwim tempie przez 2,5 km. Później stwierdziliśmy, że drugą połówkę parkrunu polecimy sobie trochę szybciej. Dzięki temu zrobiliśmy fachowy trening – jako split negative. Po biegu oczywiście drużynowa fota z eksponowaniem naszego  znaku firmowego – jęzorów.

Dodatkowo, parafrazując słowa dawnego PRL –owskiego rzecznika rządu chciałbym zdementować jakobym zżarł ciastka na parkrunie a wideo udostępnione przez  Grzegorza G. to manipulacja reżimowych mediów.

Dzięki talentowi, chęciom i pracy Grzesia Grabowskiego możemy obejrzeć fajne zdjęcia a nie jakieś tam reżimowe media: NIE REŻIMOWE MEDIA

Mariusz wspomniał o żółwim tempie, którym rzekomo pokonywał pierwsze kilometry, ale, podobnie jak norma, co żółwim tempem jest, a co nie jest, to kwestia umowna. Opinię tę podziela Piotr ‘Fazi’ Paltian, który na temat tempa ma zdanie zupełnie odmiennie:

Jest sobota jest Parkrun, tym razem edycja na rzecz WOŚP. Ale zaczynając od początku to oczywiście na dzień dobry razem z Mariuszeczkiem oznaczyliśmy trasę. Potem w ramach rozgrzewki wspólnie z Mirkiem tłumaczyliśmy koleżance zawiłości biegania po mostach na Łynie :) A sam właściwy bieg? Na starcie zapytałem Mirka i Mariuszeczka, czy biegną szybko, czy na spokojnie, usłyszałem, że tak 5:30, no to stwierdziłem, że mi pasuje. Po kilometrze mówię, że jakoś szybko jak na 5:30. Na co usłyszałem, że przecież jest prawie 6:00, jednak nie takie zajebiste te Garminy, bo ja wymiękłem na to ich 6:00 i sobie odpuściłem bieg z tą dwójką, a i tak średnia mi wyszła dużo poniżej 6:00, na następny bieg naprawcie sobie zegarki Panowie :p

Z kolei Mirek Mikita słusznie zwrócił uwagę na inny, ciekawy aspekt sobotniego spotkania:

Sobotni Parkrun pod znakiem WOŚP. Tradycyjnie w podwójnej roli i tradycyjnie bieg wśród przyjaciół i znajomych. Każdy dołożył coś do puszki w szczytnym celu. Cieszy spora liczba biegaczy...czyżby coś się zmieniało w Olsztynie?

Jak to się często zdarza, na parkrunie pojawił się Gang Jadzilli w komplecie, a owe zjawienie się komentuje Ewa Chećko

W parkrunach fajne jest to, że czy się biega czy nie - zawsze jest kupa zabawy. Dlatego kiedy tylko możemy, zjawiamy się rodzinnie w Parku Centralnym. Tym razem powód był podwójny, bo tak jak rok temu na "przedfinałowym" parkrunie gościli wolontariusze WOŚP, więc można było wrzucić co nieco do puszki :-) Z naszej rodziny pobiegłam tylko ja, przez 5 km wymieniając ploteczki z Agatą i kolejnymi grupkami biegaczy, do których przyłączałyśmy się na chwilę. Oczywiście Rico biegł z nami :-) Jadzilla i Kuba pełnili tym razem rolę parkrunowych wolo, którzy dbają o to, by sobotnie spotkania były udane. Tradycyjnie już grupę tę zdominowali członkowie naszej drużyny. Młoda przejęła skaner - i samodzielnie wywiązała się z powierzonego zadania. Kuba zaś mierzył czas. Mariusz, Fazi i Mirek oznakowali trasę i rozstawili sprzęt, Maciek ogarniał tokeny, Monika zamykała stawkę, Grzesiu focił. Szkoda, że w sumie niewiele osób spoza naszej drużyny włącza się w organizację takiego fajnego biegu. A może to dlatego, że tych co się włączali, zagarnęliśmy do "Są Wolniejsi"? Hm.... ;-) Jako że po 5 km niektórzy czuli się jeszcze niedobiegani, ekipa o składzie: Agata+Rico, Mirek i ja zrobiła sobie jeszcze 12 km tour nad dwa olsztyńskie jeziora (Długie i Ukiel) z powrotem wzdłuż Łyny. Zacne przedpołudnie :-)

  • 11
  • 22
  • 33
  • 44

  • 55
  • 66
  • 77
  • 88

Dalsza część soboty upłynęła pod znakiem różnistych treningów indywidualnych. Zresztą część ekipy miała w planie wstać w środku nocy w niedzielę, znaczy się wczesnym rankiem, aby wziąć udział wycieczce biegowej. Co znów - dla biegowych mugoli jest jakimś niezrozumiałym szaleństwem a dla biegaczy - czymś (prawie zupełnie) normalnym.

Niedziela, 12.01.2020 - Wycieczka biegowa - “Zepsuta niedziela- ślimacza trzydziestka”

Jeśli niedziela to ... parkrun a .. nie to o sobocie. Natomiast jeśli niedziela to można spodziewać się wydarzenia biegowego organizowanego przez naszą grupę w postaci wycieczki biegowej” - donosi nasz specjalny korespondent, sprawca owej szalonej wycieczki - Mariusz Witkowski.

Tym razem nazwa wycieczki nawiązywała do dystansu biegowego oraz tempa pokonywania trasy. Godzina jak na niedzielę to bardzo późna - czyli 6:44. Miejsce startu oczywiście stałe, czyli Wysoka Brama słynna dziura - wykop pod stację olsztyńskiego metra.

Tym razem na bezsenność cierpiało tylko 9 osób, bo tyle postanowiło dołączyć do naszego wydarzenia. Organizacja wycieczki stała na najwyższym poziomie, za każde 10 km organizator dawał medal (dlatego każdy z uczestników otrzymał 3 szt.) a na punkcie odżywczym zamiast wody i izotoników serwowane były fajne napoje w postaci płynu o wdzięcznej nazwie AMARENA  Dodatkowo organizatorzy zapewnili biegaczom trochę góreczek i błotka oraz niewiele asfaltu. Fajnie spędzona niedziela a czas pokonania biegu pozwalał jeszcze tym uczestnikom wycieczki, którzy chcieli wziąć udział w biegu WOŚP zdążyć na jego start.

Niestety, jest to jedyna relacja z tej wycieczki, na domiar stworzona przez organizatora. Nie wiadomo zatem, czy mamy tu do czynienia z “dziennikarską (ale nie reżimową) rzetelnością”, czy raczej pobożnymi życzeniami, uznajmy jednak, że wszyscy uczestnicy wycieczkę przeżyli i to w nastrojach dobrych. Więcej o wydarzeniu: TU

  • 11
  • 22
  • 33
  • 44

  • 55
  • 66
  • 77
  • 88

Ponownie grupa o liczebności +- parkrunowej spotkała się po południu, w związku z “8 Biegiem - Policz się z cukrzycą” - imprezie towarzyszącym Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Grupę zebrać było trochę ciężko, bowiem starty odbywały się co 15 minut, między godziną 13 a 15, a każdy mógł zapisać się na jeden albo dwa starty. Dystans symboliczny, bo 1 km, ale jeden start = 1 wrzut datku do Orkiestrowej puszki, więc kto miał jeden papierowy pieniądz albo jedną monetę, ten biegł 1 kilometr. A jak ktoś wysupłał z kieszeni, znalazł w trawie albo pożyczył trochę grosza, mógł dodatkowo pobiegać w sztafecie, na trasie biegu. Było nas tam całkiem sporo, jak zawsze, gdy chodzi o imprezę charytatywną :)

Czy impreza się podobała? Oddajmy głos uczestnikom:

Mirek Mikita

Bieg, którego miało nie być w Olsztynie a był.W kilkanaście dni zapaleńcy zrobili bieg, który okazał się fajną imprezą. Szkoda tylko, że zapisani ludzie ( spora liczba) nie stawili się na starcie. To dziwne bo przecież bieg bez opłaty startowej a każda złotówka zasiliła konto WOŚP w Olsztynie. Drużyna spisała się na medal..jedni biegli 1km...inni więcej razy...a jeszcze inni polecieli jako sztafeta...bo jeszcze im było mało. Żałuję, że nie mogłem zostać dłużej i pobiegać z innymi...ale obowiązki rodzinne nie pozwoliły.

Staszek Guzowski (wolontariat):

8 Bieg WOŚP Policz się z cukrzycą, ja niestety tylko jako wolontariusz bo niestety kontuzja nie odpuszcza ale dzielnie stawała reprezentacja rodzinna czyli żonka i synuś było SUPER :-) do tego przybijane piąteczki mocy z biegaczami i oczywiście moja drużyna Są Wolniejsi. Dzięki wielkie dla Jarka za ogarnięcie biegu.

Piotr Fazi Paltian:

Już w sobotę rozpocząłem bieganie z WOŚP, także niedzielna aktywność też musiała być połączona z pomocą. 8 Bieg WOŚP Policz się z cukrzycą w Olsztynie został zorganizowany przez Jarka Kopyścia - głównego sprawcę olsztyńskiego Parkrun. Miasto w tym roku "wypięło" się na biegaczy i tylko głównie dzięki zaangażowaniu Jarka, właścicielom restauracji  Casablanca i wolontariuszy bieg mógł się odbyć. Przez to, że było mało czasu na zorganizowanie imprezy, formuła wydarzenia była taka, że biegamy jedną pętlę - około 1km, każdy z zawodników mógł się zapisać na dwie fale, a także pobiegać w sztafecie - przejęcie pałeczki za opłatą do puchy. Wystartowałem tylko w dwóch biegach - 2 i 3 tura. Pierwszy bieg miał być w miarę spokojnie, a drugi jak na moje możliwości szybko. Plan udało mi się zrealizować i jestem z tego zadowolony, sama impreza mimo ekspresowego tempa organizacji wyszła bardzo fajnie, dużo uśmiechów i dobrych humorów, do tego szczytny cel....czego chcieć więcej?

Ewa Chećko:

Niedzielny poranek rozpoczął się ważnym wydarzeniem: kolejną biegową wycieczką organizowaną przez Mariusza. Tym razem nie brałam w niej udziału (więc z niecierpliwością czekam na relacje o porannych przygodach uczestników), ale to nie znaczy, że nasza niedziela to było lenistwo. Przecież właśnie wtedy miał miejsce 28 Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy! Bardzo się cieszę, że jednak udało się w ekspresowym tempie zorganizować bieg, gdy na krótko przed finałem okazało się, że nie będzie powtórki z dotychczasowej formuły. Ogromny szacun dla Jarka Kopyścia i ekipy Superczasu! Bieg był nietypowy: trasa o długości 1 km, o której można było powiedzieć wiele, ale nie to, że była szybka ;-) Zawrotka o 180, podbiegi, zakręty, trochę błota, spacerowicze (również z psami) wchodzący na trasę mimo próśb wolontariuszy... Ale biegało się fajnie! Każdy mógł wystartować w maksymalnie dwóch spośród 9 fal startowych. Oczywiście "Są Wolniejsi" nie przepuścili okazji by jednocześnie pomóc, pobiegać i się spotkać w gronie dobrych znajomych :-) Kilkoro z nas pełniło podwójną funkcję: wolontariusza zabezpieczającego trasę i uczestnika  (na czas biegu przekazując swój posterunek innej osobie). My pobiegliśmy rodzinnie w 3 i 4 fali startowej. Pierwszy bieg był spokojniejszy - dla rozgrzewki i rozpoznania trasy. Na drugim kilometrze pobiegliśmy nieco szybciej, tu tempo nadawała Jadzilla - niezłym na tej trasie wynikiem (4:19) zajęła trzecią pozycje Open K, za naszą drużynową koleżanką Pauliną. Chłopaki od nas też pooocisnęli! Ale ważniejsza od sportowej rywalizacji była tego dnia zabawa i wsparcie celu finału. W biegu startowali wytrawni biegacze, rekreacyjni amatorzy i ludzie którzy na co dzień raczej nie biegają. Dorośli i dzieci, tudzież pieseły. Wszyscy chcieli wziąć udział w czymś fajnym, ochoczo wrzucając do puszek wolontariuszy. A komu było mało po biegach indywidualnych, mógł za wrzutkę do puchy wziąć udział w sztafecie. Tak też kilkukrotnie uczyniliśmy, a nawet mieliśmy przyjemność pobiec sześcioosobowo w ostatniej, dwu-rodzinnej zmianie z biegowymi znajomymi i ich córką. Jadzilla i Ola na zmianę niosły sztafetową pałeczkę, a linię mety pokonały trzymając ją wspólnie :-) To było dobre zakończenie zacnej imprezy.

Od siebie (sekretarzowa) też dodam, ale skromnie: “Spotkanie z drużyną to zawsze moc radochy i pozytywnej energii. Tym razem jednak, z uwagi na nasilające się mocno problemy żołądkowe, trochę ta radość była przytłumiona, a start o mało nie zakończył się zejściem z trasy. Jednak, jakoś, dzięki motywacji ze strony biegnącego obok mnie Marcina, udało się dobiec do mety. Zresztą gdzie tam można było zejść z trasy - chyba do Łyny albo do toi toia :) Byłby to zapewne historyczny DNF, jednak dobrze, że się tak nie stało. Orkiestrowa puszka zasilona - i to było najważniejsze!

  • 11
  • 22
  • 33
  • 44

  • 55
  • 66
  • 77
  • 88

Z raptem trzech imprez powstała całkiem zgrabna i ciekawa opowieść biegowa :) Mam nadzieję, że czytało Wam się ją tak samo dobrze, jak mi redagowało! 

Ostatnio zmienianyczwartek, 06 luty 2020 16:06
Więcej w tej kategorii: « Zima jest!

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.